Przejdź do treści

Wolontariat jako modlitwa — jak służba zmieniła moją wiarę

Przez lata wiara była dla mnie czymś prywatnym — modlitwa, Msza, lektury. Dopiero gdy zacząłem odwiedzać samotnych starców w domu opieki, zrozumiałem, czym jest wiara żywa.

BT
br. Tomasz Nowak
7 min czytania
121
Zdjęcie: Wolontariat jako modlitwa — jak służba zmieniła moją wiarę

Wiara bez rąk i nóg

Byłem „dobrym katolikiem" — chodziłem na Mszę, modliłem się, czytałem. Ale Jakub Apostoł pisał: „Wiara bez uczynków jest martwa" (Jk 2,17). Przez długi czas nie rozumiałem, co to znaczy. Myślałem, że chodzi o wielkie gesty — misje, fundacje, heroizm.

Chodzi też o małe rzeczy. O bycie z człowiekiem.

Dom opieki — szkoła człowieczeństwa

Zgłosiłem się jako wolontariusz do domu opieki w moim mieście. Raz w tygodniu, dwie godziny. Miałem rozmawiać z mieszkańcami, czasem poczytać, czasem po prostu siedzieć.

Pani Zofia miała 89 lat i nie odwiedzał jej nikt. Gdy pierwszy raz przyszedłem, patrzyła na mnie z niedowierzaniem — jak na zjawisko. Jakby nie pamiętała, że mogą istnieć odwiedziny bez powodu.

„Cokolwiek uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili." — Mt 25,40

Co dostałem, a nie tylko dałem

Po roku wolontariatu moja prywatna modlitwa zmieniła się nie do poznania. Stała się bardziej konkretna, mniej abstrakcyjna. Wiedziałem, za kogo się modlę. Widziałem ich twarze.

Pani Zofia umarła w lutym. Byłem na jej pogrzebie. Byliśmy tylko my czworo — ja, dwie pielęgniarki i ksiądz. Płakałem i nie wstydziłem się. Ona na mnie czekała. I to jest coś, czego żadna lektura mi nie dała.

Udostępnij:

Komentarze (0)

Bądź pierwszą osobą, która skomentuje ten artykuł.

Dodaj komentarz

Komentarze są moderowane. Prosimy o kulturalną i budującą dyskusję.

Podobne artykuły